sobota, 21 czerwca 2014

Chapter 1- Birthday&New Life

Witajcie kochani <333 Mam dla was pierwszy rozdział :* Dzisiaj i jutro mam wesele więc nie mam pojęcia kiedy następny :* Do napisania 
~Mack <33
~Ross~
Podobno śmierć nie jest taka straszna, ja bałem się jej. Nie chciałem by po mnie przyszła. Pamiętam ten dzień doskonale. Moje rodzeństwo szykowało mi niespodziankę z okazji mojej piętnastki. Wysłali mnie po coś do sklepu,  żebym się nie dowiedział o imprezie.
         Wyszedłem z domu i skierowałem się do najbliższego  marketu. Słońce zniknęło już za linią horyzontu, zapanował półmrok. Mimo dość późnej pory mijałem wiele osób. Niektórzy biegli przed siebie, jakby chcąc oszukać czas, a inni sunęli razem z nim, powoli, bez pośpiechu.
Patrzyłem na ich twarze, uśmiechnięte lub całkiem poważne, inne zmartwione lub roześmiane. Ja natomiast szedłem swoim tempem. Zapomniałem o jego upływie, podobno szczęśliwi czasu nie liczą, byłem szczęśliwy. Miałem kochającą rodzinę, robiłem to co kochałem-Muzykę. Razem z moją szaloną rodzinką założyliśmy zespół. Moja siostra Rydel- z nikim nie byłem tak blisko, za to Rocky- pomimo naszych wojen i tak kochałem go nad życie, Ryland- nie raz dostał w łeb, ale nie zamieniłbym go na żadnego innego, nawet idealnego człowieka, Ratliff- nasz kumpel, zawsze uśmiechnięty. Został jeszcze Riker- mój autorytet, brat, z którego brało przykład wiele osób, pogodny i rozsądny, to on pomagał mi w sprawach sercowych oraz problemach. Cała moja rodzinka, nie zamieniłbym jej na żadną inną...
 W jednej chwili znalazłem się w ciemnej uliczce.  Mocne uderzenie w tył głowy powaliło mnie....
Gdy otworzyłem oczy zauważyłem parę osób.  Wysoki, na oko 25 letni mężczyzna podszedł do mnie. Z impetem rzucił mną o posadzkę. Obrócił mnie w swoją stronę. Plecami dotykałem betonu. Wstałem i z całej siły zamachnąłem się. Uderzyłem go w skroń. Padł na ziemię.... Nie podnosił się ....
~~~
Wyplułem krew, która zgromadziła się w moich ustach. Nie miałem już siły. Byłem cały poobijany, miałem połamane żebra. 
Siedziałem sam w pustym ciemnym pokoju z szarej cegły.
    Dzisiaj jest 29-ty,  czyli dzień moich urodzin. Dokładnie 19-tych. Nigdy nie pomyślałem, że mógłbym umrzeć w ten sam dzień co się urodziłem. Jednak życie jest pełne tajemnic, nie możemy powiedzieć, że nas nie zaskoczy...
   Do pomieszczenia weszło kilka osób, jeden z nich wziął mnie i wrzucił do samochodu. Po co miałem walczyć jeśli i tak śmierć już nade mną czuwała. Z upływem każdej sekundy coraz mniej się jej bałem, zacząłem na nią czekać. Gdy się pojawi i stanie się mym przyjacielem, a nie wrogiem.
      Znaleźliśmy się w dziwnym miejscu. Wyglądał jak las, jednak miał w sobie coś fantastycznego.
- Związać mu ręce- powiedział jeden z nich- I obróćcie go tyłem do nas.
Gdy to uczynił obok mnie pojawiła się postać. Była ubrana w długą czarną szatę. Podartą i starą oraz wypłowiałą. Stanęła obok mnie.
- Nie bój się - szepnęła-  Zaraz będzie dobrze...
Po jej słowach poczułem zimną stal przy skroni,  dźwięk naładowania i ciemność....
† † †

   


3 komentarze:

  1. Kolejny świetny blog, mojej kochanej Mack :)
    Cieszę się, że zdecydowałaś się jednak na bloga, a nie na One Shota.
    Od tej strony, może mnie jeszcze nie znałaś, ale kocham czytać fantastykę.
    Dlatego ze zniecierpliwieniem czekam na dalszy ciąg :)
    Ten rozdział jest wspaniały i pełen akcji, choć Ross umiera- co jest dla mnie potwornie smutne, przykre i przygnębiające- to ty i tak nawet taką sytuację umiesz obrócić o 180 stopni i stworzyć z niej coś pięknego i niezwykle zachwycającego.
    To cała ty, masz wielki talent.
    Pozdrawiam,
    Weronika <333

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej dziękuję <33 Wiem, że uwielbiasz fantastykę <333 Sama mi się przyznałaś :* Uwierz mi, że Ross umierając jednak nie umiera :** <3333

      Usuń